piątek, 18 stycznia 2019

"Czytał Janusz Kozioł"

W pierwszym, smutnym miesiącu nowego roku żegnamy kolejną osobę. Dziś rano zmarł Janusz Kozioł, po miesiącach walki ze stwardnieniem zanikowym (SLA). Był lektorem i spikerem radiowym. Miał 68 lat.

Jego głos tłumaczył nam kwestie wielu filmów i seriali, a wśród nich znalazły się również te animowane. Z mojego dzieciństwa pamiętam najlepiej jego głos z kaset „My Little Pony”, niestety w czeluściach Internetu nie dałam rady odnaleźć choćby próbki jego występu w kucykach. Czytał również inne animacje takie jak „Zwierzęta z Zielonego Lasu”, „Futurama” czy też anime „Yattaman” i „Baśnie Braci Grimm”. Czytał również jedne z pierwszych polskich wydań „Dzielnego Małego Tostera” na VHS, aczkolwiek ja osobiście nie spotkałam się z tym wydaniem i Tosterka oglądałam już z dubbingiem.

Poniżej pierwszy odcinek anime "Yattaman" - animacja, w której możemy posłuchać głosu Janusza Kozioła:


Jeszcze w tym miesiącu, na portalu Pomagam.pl została zorganizowana zbiórka pieniędzy dla lektora, która niemal dziesięciokrotnie przekroczyła swój początkowy cel – pan Janusz potrzebował 30 tysięcy złotych, podczas gdy darczyńcy ofiarowali mu prawie 300 tysięcy. Jego córka, Karolina Kozioł, odpowiedziała na to tymi słowami:

Państwa odpowiedź na apel mojego Ojca - Janusza Kozioła o pomoc w tej okrutnej chorobie jest nieprawdopodobna. Doceniliście Państwo jego pracę, jego głos, który od lat gości w Waszych domach. 
W związku z faktem, że zebrana kwota po wielokroć przekracza wyznaczony próg, pragnę Państwa poinformować, że wszystkie środki, które nie zostaną wykorzystane na cel opisany w zbiórce, a konkretnie - pomoc i wsparcie dla Janusza Kozioła - zostaną przekazane na cele charytatywne i społeczne. Wesprą stowarzyszenia i fundacje zaangażowane w niesienie pomocy chorym na SLA i ich rodzinom, propagujące informacje na temat choroby i walki z nią. W imieniu taty, dziękuję Wszystkim za wsparcie, za dobre serce, słowa otuchy i modlitwę
.

Końcowe fazy choroby zaatakowały narządy mowy i zakłócały funkcje oddechowe, co było prawdziwym ciosem dla lektora, gdyż został pozbawiony możliwości wykonywania swojej pracy i pasji jednocześnie. Nie wiadomo, dlaczego choroba się pojawia i nie ma na nią lekarstwa. Pozostaje tylko cud – tak pisał w czasie, gdy już nie mógł mówić. Cudu nie było, ale nikt już nie odbierze tego, co w życiu zrobił. Jego głos z pewnością jeszcze niejednokrotnie zabrzmi w wielu polskich domach.

Miejmy nadzieję, że w innym świecie czyta teraz różne, piękne teksty dla zasłuchanej widowni.

czwartek, 10 stycznia 2019

Nie każda bajka to Pixar: czyli krótki przewodnik po studiach animacji.

Pixar Animation Studios nie bez powodu zyskało swoją sławę wśród twórców filmów animowanych. Autorzy takich hitów jak Toy Story czy Coco niewątpliwie wpisali się w historii kinematografii i stali wyznacznikiem animowanych trendów. Nazwa „Pixar” otrzymała wielką renomę na światowej scenie i oglądanie ich animacji stało się modne nawet wśród starszej widowni. Jeśli powiesz w towarzystwie, że oglądałeś ostatnio film od Disneya, możesz zostać posądzony o bycie dziecinnym. Ale na pewno wyjdziesz na kogoś fajnego jeśli powiesz, że widziałeś film Pixara. Wszystko dlatego, że Disney jest kojarzony z księżniczkową franczyzą i starymi, ręcznie rysowanymi animacjami, które rzadko były ciekawe dla dorosłej widowni, natomiast Pixar to już wyższa półka, klasa najpiękniejszej animacji komputerowej, nowoczesnego humoru i treści przemawiającej do każdego pokolenia.
To nie do końca tak jest, ale o tym za chwilę. W każdym razie zauważyłam już kilkakrotnie, że ludziom zdarza się automatycznie przypisywać modną nazwę Pixara do każdej lepszej animacji, o której słyszeli  np. do „Shreka” albo najnowszego „Białego Kła”  podczas gdy to studio nie ma z nimi nic wspólnego. Ciekawostką jest fakt, że zdarzało się to też nauczycielom akademickim. Więc chyba widoczne jest, jak bardzo mylne wyobrażenie mogą wprowadzić w naszych głowach „te wszystkie studia”.

W rzeczywistości to wcale nie jest takie trudne.

Z drugiej strony to w pełni zrozumiałe, że zwykłego widza mało interesuje, jakie studio produkuje mu film. I jest w tym dużo racji: utwór powinien mówić sam za siebie, treść i wykonanie powinny być tym, na czym się skupiamy. Firmy stojące za daną produkcją to sprawa drugorzędna, która nie powinna mieć wpływu na odbiór utworu. Tak samo jest z filmami animowanymi.

A jednak nie znam nikogo, komu nie obiłyby się o uszy nazwy takie jak Disney, Pixar czy DreamWorks. Zwłaszcza, gdy ogląda się dużo animacji, przypisywanie filmów do poszczególnych studiów staje się po prostu łatwiejsze. Wtedy możemy zauważyć pewne ich charakterystyczne cechy, które pozwolą nam zrozumieć, dlaczego Disney nie wyprodukuje komedii pełnej gagów, a DreamWorks nam nie da musicalowej opowieści o księżniczce.

Dlatego postanowiłam napisać ten krótki przewodnik, żeby choć trochę rozwiać te wątpliwości. Chcę przy tym zaznaczyć, że będę aktualizować ten wpis w razie potrzeby.

Poniższa lista przedstawia krótki opis kilku z największych studiów animacji, działających na terenie Stanów Zjednoczonych. Tamtejsze firmy wiodą prym w przemyśle filmowym na świecie, również tym animowanym, i to właśnie one znane są lepiej szerszej publice, więc tutaj ograniczę się do nich. Animacje z innych krajów omówię kiedy indziej.

Ta lista nie jest rankingiem: czyli nie twierdzę, że np. numer jeden jest lepszy od numeru trzeciego. Jedyna wytyczna, którą jako tako mogłam się kierować to popularność danego studia. Jednak wciąż to tylko moje wrażenie, ktoś może mieć inne. W takim razie umówmy się, że poniższa numeracja ma charakter stricte porządkowy. Nie ma co przedłużać, lecimy.

*
AMERYKAŃSKIE STUDIA ANIMACJI

1. Disney


A konkretnie to Walt Disney Animation Studios, ponieważ to właśnie studio stoi za słynnymi animowanymi pełnometrażówkami tej ogromnej firmy. Stąd pochodzi zdecydowana większość ręcznie rysowanych bajek 2D, które pokolenie dorastające w latach 90 i 2000 zna ze swojego dzieciństwa, czyli np. Król Lew, Mała Syrenka lub Tarzan. Historia takiego stylu animacji zaczyna się jednak całe dziesięciolecia wcześniej, ponieważ pierwszy taki film od Disneya pochodzi z 1937 roku, a jest to Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Pomimo tego, że inne firmy sporadycznie wypuszczały filmy rysowane w podobnym stylu, to właśnie Disney utrwalił go w kinematografii i taki sposób rysowania nazywa się teraz, a jakżeby inaczej, stylem disnejowskim.

Aladyn z 1992 roku to jedna z wielu klasycznych animacji Disneya
Na początku XXIego wieku Disney (idąc przykładem Pixara, o którym powiem za chwilę) zaczyna zabawę z animacją komputerową. Kojarzycie może film Dinozaur, w którym widzimy wygenerowane komputerowo postacie dinozaurów i małpiatek skaczących po drzewach? To jeden z pierwszych takich projektów wyłącznie od studiów Disneya. W późniejszych latach możliwości techniczne i wymagania publiki wymusiły na Disneyu rezygnację z grafiki 2D i obecnie już produkuje tylko filmy tworzone w całości komputerowo. Do nich należą m.in. Zaplątani, Wielka Szóstka, Zwierzogród i Vaiana: Skarb oceanu.

2. Pixar

Studia współczesnego Pixara podlegały spółce Lucasfilm aż do 1986, kiedy Steve Jobs wykupił studio. Od lat 90, jeszcze teoretycznie niezależny, Pixar współpracował z Disneyem, czego rezultat był widoczny w 1995 roku wraz z pojawieniem się Toy Story, które było pierwszym filmem animowanym stworzonym w całości komputerowo

W 2006 Pixar został wykupiony przez Disneya za prawie 7,5 miliarda dolarów. W tamtym momencie studio miało już na koncie też takie filmy jak Dawno temu w trawieToy Story 2Potwory i Spółka, Gdzie jest Nemo?, Iniemamocni i Auta.
Ze względu na ścisłą współpracę z Disneyem, łatwo jest pomylić ze sobą ich filmy. Istnieje jednak kilka charakterystycznych cech, które je od siebie odróżniają:

a)   Styl animacji Pixara jest bardziej kreskówkowy, podczas gdy Disney pozostaje przy swoim własnym. Porównajmy sobie jak np. wyglądają ludzie w Iniemamocnych, a w Krainie Lodu:
W Iniemamocnych widzimy karykaturalnie uwydatnione cechy: pan Iniemamocny ma ogromne ramiona, Elastyna okrągłe uda, a Wiola jest bardzo chuda oraz ma bardzo cienkie ręce i nogi
Dla porównania disnejowska Kraina Lodu. Przygoda Olafa: Elsa i Anna są zbudowane na standardowym modelu księżniczki - mają wielkie oczy, wąską talię i nienaturalnie gęste włosy.
b)  W filmach Pixara nie ma księżniczek i magii opartej na czarach. To jest działka Disneya. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest Merida Waleczna, ale każdy kto widział ten film przyzna, że postać Meridy nie jest standardową księżniczką.

c)  Pixar uwielbia antropomorfizację i oryginalne pomysły. Disney oczywiście też, ale to jednak Pixar wyjątkowo eksploatuje ten trend. Przez to powstały takie filmy jak Potwory i SpółkaRatatuj czy W głowie się nie mieści.

Chcę ponownie zaznaczyć, że współpraca Disneya i Pixara jest nierozerwalnie ścisła i ich koncepcje niejednokrotnie mieszają się ze sobą. Z tego powodu nie jest niczym dziwnym, jeśli zdarzy nam się pomylić, co dokładnie pochodzi od kogo. Ale w razie jeśli nie jesteśmy pewni, czy dana animacja jest Pixara czy nie, bezpieczniej jest powiedzieć, że pochodzi od Disneya. Wtedy nie powinno nam się zarzucać błędu, ponieważ animacje wypuszczane przez Pixara należą jednocześnie do Disneya, więc nie będziemy mijać się z prawdą. Dla pewności jednak dodam przekierowanie na Pixar Poland Wiki, gdzie można szybko przejrzeć dorobek studia: LINK

3. DreamWorks

Zabawa zaczyna się, gdy na scenę wchodzi DreamWorks. To właśnie ich animacje często są mylone z Disneyem, co w tym przypadku już nie uchodzi nam na sucho. Te dwie firmy nieustannie konkurują między sobą, od czasu gdy pewien pan o nazwisku Katzenberg odszedł od Disneya po nieporozumieniu z bratankiem wielkiego Walta. Zanim jednak to się stało, zdążył zrobić dla firmy mnóstwo dobrego, m. in. klepnąć układ z Pixarem i innymi studiami oraz wyprodukować znane nam klasyki disnejowskiego renesansu takie jak „Mała Syrenka”, „Król Lew”, „Piękna i Bestia” i „Aladyn”. Ten potencjał nie mógł się zmarnować, co pokazało się w 1994 roku, gdy Katzenberg wraz ze Stevenem Spielbergiem i Davidem Geffenem założyli DreamWorks SKG. Mimo, że firma produkuje również mnóstwo filmów aktorskich, Katzenberg został oddelegowany do pracy nad sekcją animacji, ze względu na doświadczenie i imponujące portfolio. Studio DreamWorks Animation (DWA) ruszyło pełną parą i, pomimo disnejowskich doświadczeń jego twórcy, zdążyło wyklarować swoją własną stylistykę.

Mówi się, że animacje DreamWorksa są „edgy”: oznacza to, że wyróżniają się dynamizmem, nieszablonową narracją i specyficzną grafiką. Podczas, gdy studia Disneya starają się iść w nieco wyidealizowany realizm, DreamWorks często odchodzi w drugą stronę. Karykatura i komiksowość są nawet bardziej uwydatnione niż u Pixara, u którego już widać coraz większy wpływ swojej przełożonej firmy.

Madagaskar to jeden z najsłynniejszych filmów DWA
Studio DreamWorks znacznie zyskało na swojej renomie w 2001 roku, gdy do kin wyszedł Shrek. W następnym roku Akademia stworzyła kolejną kategorię dla przyznawanych nagród: pełnometrażowy film animowany – i to właśnie „Shrek” był pierwszą animacją, która wygrała tego Oskara.
Nie znaczy to wcale, że „Shrek”, był pierwszym osiągnięciem studiów animacji DreamWorksa. Animowane filmy pełnometrażowe zaczęto wydawać już w 1998 wraz z Mrówką Z. Potem pojawiło się jeszcze kilka filmów stworzonych w animacji 2D: fenomenalny musical Książę Egiptu, wesoła Droga do El Dorado, ekokrytyczny Mustang z Dzikiej Doliny i przygodowy Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz.

Książę Egiptu jest adaptacją biblijnej Księgi Wyjścia, w której na pierwszy plan wysuwa się trudna relacja dwóch braci – Ramzesa i Mojżesza.
Oprócz tych czterech pozycji, DreamWorks nie ma już więcej animacji rysunkowych.

Studio ma na koncie trzy animacje poklatkowe: Uciekające Kurczaki, Wallace i Gromit: Klątwa Królika i Wpuszczony w kanał wydany w 2006 roku – w tym miejscu warto zaznaczyć, że dwie pierwsze są jedynie sygnowane ich logiem, a produkcja należy do mniejszego studia o nazwie Aardman Animations. Mimo, że upłynęło już ponad 10 lat, animacja poklatkowa wciąż ma szansę na powrót do studia, ze względu na jej rosnącą popularność.

Wpuszczony w kanał to inteligentna komedia DreamWorksa
Prym oczywiście wiedzie animacja 3D. Taka, jaką znamy głównie ze Shreka czy Madagaskaru, wesołych komedii z przerysowanymi postaciami. Są jednak filmy, które odchodzą od tej reguły. Muszę przyznać, że dla mnie DreamWorks Animation to fascynujący twór: z jednej strony zasypuje nas młodzieżowymi gagami i wyśmiewaniem baśniowych konwencji, a z drugiej potrafi czasem stworzyć do głębi wzruszające dzieło. I tak, z tej samej wytwórni, która raczy nas głównie filmami typu Kung Fu Panda i Rybki z ferajny, możemy od czasu do czasu dostać takie perełki jak Jak wytresować smoka czy Strażnicy Marzeń. Od obydwu tych dzieł bije urzekający, baśniowy klimat, zupełnie niepasujący do pozostałych animacji ze stajni DreamWorksa. Ich grafika również różni się nie tylko od całej reszty tego studia, ale przede wszystkim od filmów Disneya, które przecież specjalizują się w temacie magii i cudownych krain. Pomijając standardowe, karykaturalne uwydatnienie cech postaci, DreamWorks nadaje tym historiom więcej realizmu, wykazując przeogromną dbałość o detale i używając ciemniejszej palety kolorów. Ten zabieg dodaje mroku i powagi, czego w Disneyu ze świecą szukać. Ponadto, wnikliwy obserwator szybko się zorientuje, że skóra disnejowskich ludzi jest nieskazitelnie czysta, podczas gdy postacie w Jak wytresować smoka i Strażnikach Marzeń mają widoczne różne plamki i inne mankamenty.

Jak wytresować smoka 2: piegi i delikatne plamki nadają twarzom więcej realizmu, w przeciwieństwie do perfekcyjnej cery wielu postaci Disneya.

4. 20th Century Fox 

Studia animacji 20th Century Fox na chwilę zabłysnęły w 1997 roku wraz z ich słynną Anastazją. Potem wydano jeszcze sequel prosto do dystrybucji video, a w 2000 roku po wydaniu pełnometrażowej animacji science-fiction Titan – Nowa Ziemia, Fox Animation Studios zostało zamknięte.
 
Anastazja często jest mylona z filmami Disneya ze względu na wykonanie i tematykę.
Aktualnie dział 20th Century Fox Animation to głównie Blue Sky Studios. Są powiązani trochę jak Disney i Pixar – pierwsza jest firmą nadrzędną w stosunku do drugiej, która została wykupiona. Najbardziej znane filmy produkcji Blue Sky to wszystkie Epoki Lodowcowe. Inne filmy od tego studia to również m. in.: Roboty, Horton słyszy Ktosia, Rio i Tajemnica Zielonego Królestwa.

20th Century Fox Animation jest znane też ze współpracy z innymi, mniejszymi studiami i często miało wpływ nie tylko na dystrybucję, ale i samą produkcję. Z tego powodu przypisuje się im też filmy takie jak Księga Życia czy Fantastyczny Pan Lis.

DYSTRYBUCJA
Mówiąc o Foksie nie można nie wspomnieć o dystrybucji właśnie, ponieważ ta firma często gęsto występuje w tej roli. Przy sporządzaniu tej listy naturalnie zwracałam uwagę na studia, stojące za produkcją danych filmów. To rozróżnienie jest ważne, bo w innym przypadku moglibyśmy mówić, że „Pingwiny z Madagaskaru” są od 20th Century Fox. A nie są, bo Fox zajął się jedynie ich dystrybucją, podczas gdy sam film jest produktem DreamWorksa. Obie te firmy współpracowały ze sobą w latach 2013-2017, a zadaniem Foksa była dystrybucja (bodaj w tym roku umowy się pozmieniały i teraz dystrybucją bajek DreamWorksa będzie zajmować się inna znana marka: Universal Pictures). 20th Century Fox zajmował się w ten sposób animacją zanim jeszcze otworzył własny, wyspecjalizowany dział. Od 1977 roku wydał dla nas sześć filmów produkcji mniej znanych studiów, wśród których polscy widzowie mogą znać m. in. Dolinę Paproci i Pewnego razu w lesie.
 
Dolina Paproci - 20th Century Fox jest znany z dystrybucji filmów pochodzących od różnych, mniejszych studiów.



Aktualizacja: w marcu tego roku studia 21th Century Fox i 20th Century Fox zostały wykupione przez Disney'a. Nie wiadomo jeszcze, jakie są plany wobec Blue Sky.

5. Sony


Obserwując rosnący sukces „Shreka” i „Potworów i Spółki”, firma Sony zechciała zawalczyć o swoje miejsce na animowanej scenie. I tak w 2002 roku powstał dział Sony Pictures Animation. Cztery lata później wydali swój pierwszy, animowany film pełnometrażowy. Był to Sezon na Misia, który doczekał się dwóch sequeli. Do tej marki należą również Smerfy i Klopsiki i inne zjawiska pogodowe, ale obecnie najbardziej rozpoznawalną animacją tego studia jest Hotel Transylwania, która także otrzymała dwie kontynuacje. Sądząc po ich dotychczasowym dorobku, zdają się wzorować na komediach DreamWorksa, które niejednokrotnie zakrawają o absurd.
 
Studia animacyjne Sony mają dużo do nadrobienia, ale nie zwalniają tempa. Spider-Man Uniwersum otrzymał Oscara w kategorii "Najlepszy pełnometrażowy film animowany" za 2018 rok. Jeśli chodzi o polską widownię, jest obecnie najlepiej ocenianą animacją przez użytkowników FilmWebu, zbijając z tego piedestału Coco.
6. Illumination


Kolejną kartę otwiera studio Illumination, dwa lata temu znane jeszcze jako Illumination Entertainment. To dział animacji należący do Universal Pictures.

No więc, co takiego kręci dla nas ta firma, jakimiż to „cudownymi” filmami raczy nas raczyć?

Już mówię, czym nas raczy: 

MINIONKAMI

Tak, filmografię tego remomowanego studia otwiera Jak ukraść księżyc. Polski tytuł brzmi dziwnie znajomo prawda? Rozumiem, że Despicable Me może nie jest najprostszym zwrotem do zgrabnego oddania w polskim tytule, ale dlaczego akurat tak? Hmm... spójrzmy na polskie daty premier Jak ukraść księżyc i Jak wytresować smoka: sierpień 2010 versus kwiecień 2010. Czyżby polscy dystrybutorzy specjalnie postanowili wzbudzić u widzów skojarzenia z dziełem DreamWorksa?

Ale odstawmy na bok polskie tytuły: studio Illumination poszło za ciosem i już dwa lata później wyszedł sequel Minionki Rozrabiają, kolejne dwa lata później spin-off Minionki, a jeszcze dwa lata później, w 2017, kolejny sequel Gru, Dru i Minionki. Zaś na przyszły rok jest zaplanowany sequel spin-offu, czyli Minionki 2. Bogactwo w całej krasie. Nikogo już pewnie  nie zdziwi, że minionki szybko stały się maskotką tego studia.

Sequele Despicable Me nazywają się odpowiednio Despicable Me 2 i Despicable Me 3. Polscy tłumacze, którzy pierwszą część nazwali Jak ukraść księżyc, musieli potem głowić się nad różnymi tytułami pasującymi do kolejnych części serii.
Illumination znane jest również z Sekretnego życia zwierzaków domowych, które już w tym roku otrzymają swój sequel, oraz dwóch ekranizacji książek Dr. Seussa: Lorax i Grinch. Chociaż moja opinia o tej wytwórni nie jest zbyt łaskawa, muszę sprawiedliwie przyznać, że podobał mi się Sing i chętnie zobaczę go ponownie. Jeśli chodzi o Dr. Seussa, to nie należę do dzieci, które się na nim wychowały, ale słyszałam od nich, iż najnowszy Grinch również się broni.

Sing to wielowątkowy musical z antropomorficznymi zwierzakami, których różne historie splatają się ze sobą, tworząc unikalny obraz.
Jak na tak stosunkowo świeże studio, Illumination szybko osiągnął finansowy sukces. Na liście najlepiej zarabiających animacji na świecie, Minionki plasują się na trzecim miejscu, na piątym jest już Gru, Dru i Minionki, a na ósmym Minionki Rozrabiają. Sekretne życie zwierzaków domowych również przyniosło firmie wielki zysk, będąc w pierwszej piętnastce z wynikiem 875 milionów dolarów.

Co mnie jednocześnie zaskakuje i niepokoi to fakt, że filmy te finansowo wypadają lepiej niż W głowie się nie mieści i Coco...

Po ogromnych kampaniach reklamowych wyżej wymienionych bajek tego studia i ich finansowym sukcesie, można szybko zorientować się, że Universal na marketingu nie oszczędza. Pozostaje tylko pytanie: czy nie odbywa się to kosztem jakości ich filmów? Zastanawiając się nad tym, sprawdziłam budżet przeznaczony na ich najbardziej kasowe produkcje: okazało się, że waha się on między 70-80 milionami dolarów. Dla porównania, dzieła takie jak Coco i Vaiana otrzymały budżet większy o STO MILIONÓW. Efekt widać jak na dłoni. No ale przecież nie każdy musi tworzyć filmy wysokich lotów. Zobaczymy jak będą sobie radzić w przyszłości.

Illumination i Universal wiedzą jak zrobić produkt tanio i dobrze go sprzedać (Sekretne życie zwierzaków domowych)
Wspomniałam wcześniej, że Universal ostatnio rozpoczął współpracę z DreamWorksem. W obliczu tego, co wyczynia ich Illumination, mam nadzieję, że mimo wszystko nie powinnam obawiać się spadku jakości filmów Katzenberga. I że ten układ wyjdzie im na dobre: skoro Universal prowadzi tak świetne kampanie reklamowe swoich średniawych animacji, aż odnoszą największe sukcesy, może pomoże on DreamWorksowi, który miewał z tym problemy.

7. Warner Bros.

Warner Bros. Animation – studio kojarzone głównie z Królikiem Bugsem, Looney Tunes i współpracujące z siostrzaną placówką DC Comics, czyli cały animowany Batman, Superman i Liga Sprawiedliwych. Tutaj skupiamy się jednak na animacjach pełnometrażowych: a w te studio zakręciło się na początku lat 90. Najpierw dystrybucja kilku filmów mniejszego studia, czyli podobnie jak w przypadku Foksa, a dopiero potem, po sukcesie „Króla Lwa”, zdecydowali o tworzeniu własnych filmów animowanych.

Początki były nieśmiałe – Kosmiczny mecz z 1996 roku jest filmem mieszającym animację z grą aktorską. Jednak prawdopodobnie najbardziej cenioną animacją tego studia jest Stalowy Gigant z 1999 roku.

 Pomimo finansowej porażki, Stalowy Gigant po latach zyskał miano filmu kultowego.
Co ciekawe, studia animacji Warner Bros wciąż nie rezygnują z grafiki 2D, w przeciwieństwie do właściwie wszystkich innych firm. Dodatkowo eksperymentują jeszcze z animacją poklatkową. Jednak, standardowo, to filmy generowane komputerowo cieszą się najlepszym powodzeniem i sympatią publiczności. Dlatego w 2013 założono Warner Animation Group (WAG) i od tamtego czasu studio zdążyło wydać już kilka filmów: Lego: Przygoda i odpowiednio kolejne dwie części, Bociany i najnowsza Mała Stopa, która początkowo mnie nie zainteresowała, ale po kilku pozytywnych recenzjach pomyślałam, że może warto ją zobaczyć.

KONIECC 
*

Z grubsza właśnie tak wygląda sytuacja, jeśli chodzi o amerykańskie studia animacji pełnometrażowych. Disney, Pixar, DreamWorks, Fox, Sony, Illumination i Warner Bros odpowiadają za lwią część bajek, które oglądamy lub oglądaliśmy kiedyś na dużym ekranie. Każde z nich ma swoje lepsze i gorsze produkcje, finansowe sukcesy i niepowodzenia. Niektóre podchodzą do sprawy z podejściem czysto rzemieślniczym jak np. Illumination, inne zdają sobie sprawę, że tworzą sztukę, która przemawia do setek milionów ludzi na całym świecie.

Mam nadzieję, że udało mi się trafnie wyłuszczyć najbardziej rozpoznawalne tytuły i cechy każdego studia. Znajomość tendencji, dorobku danej firmy oraz jej stażu, może przydać się przy ocenianiu różnych animacji i wyborze tego, co nam najbardziej pasuje. Dzięki temu wiem, czego mogę oczekiwać po bajce, która sygnuje się znaną mi marką. To właśnie nauczyło mnie, że prawdopodobnie bardziej spodoba mi się baśniowy film Disneya niż kolejna, kolorowa komedia DreamWorksa. To także pokazało mi, że nie tylko Disney robi najlepsze filmy i jest mnóstwo innych firm, które na niektórych polach go prześcigają. Generalnie, taka wiedza jest również przydatna z punktu widzenia pedagogicznego, bo jeśli rodzice są świadomi współczesnych trendów w animacji oraz stylistyki, za którą stoi dane studio, są w stanie trafniej wybierać filmy dla swoich dzieci.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najciekawszy temat, bo oscyluje bardziej wokół biznesu niż sztuki samej w sobie. Niemniej jednak warto znać tych kilka szczegółów. Może to oszczędzić nam czasu, który zmarnowalibyśmy na oglądaniu źle dobranej animacji, mimo jej wysokich ocen lub finansowego sukcesu. Nasze indywidualne preferencje są w tym przypadku najważniejsze, a to pozwala nam odnaleźć się w tej różnorodności, która z roku na rok tylko się powiększa.

środa, 2 stycznia 2019

2019 - rok animowanych premier

W tamtym roku w kinach mogliśmy zaobserwować wysyp bajek. W pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ w zatrważającej większości były to filmy animowane, na których dorośli widzowie podtrzymują czoła z zażenowania (pod warunkiem, jeśli nie śpią). Ze względu na to, że szanuję swój czas i siebie jako widza, nie rzucałam się oglądać takich tworów jak „Książę Czaruś” czy „Uprowadzona księżniczka”, tym bardziej, że średnio dwa razy w miesiącu coś takiego wchodziło na ekrany. Jedyne animacje z 2018 roku, które mam zamiar nadrobić to „Co w trawie piszczy” i „Mała stopa”, ale już po samym „nadrobię” zamiast „widziałam”, można zauważyć, że nie mam na nie specjalnego hype’u. Już nie mam, niestety, bo chociaż na „Co w trawie piszczy” chciałam iść do kina, to w dniu premiery i później były grane dziennie CZTERY seanse, w godzinach poranno-popołudniowych, więc po prostu nie miałam kiedy. Zwłaszcza, że minął jakiś tydzień i już nie było gdzie oglądać.
Rozumiem, że na takie animacje chodzą raczej klasy wczesnoszkolne, ale może przydałby się też jakiś późniejszy seans dla ewentualnych, pracujących rodziców? Bo na taki mogłabym się załapać. No ale cóż, trudno, nadrobię to przy najbliższej okazji, bo lubię owady i francuską animację, więc na pewno jeszcze do tego wrócę. Jeśli chodzi o „Małą stopę” to na początku zignorowałam ją kompletnie, bo widząc wypuszczane co chwila animacje o yeti nie spodziewałam się interesującego kontentu, ale pozytywne recenzje przekonały mnie, żeby jednak pochylić się nad tym filmem.

Francuskie animacje może i mają prościutką fabułę, ale bije od nich elegancka baśniowość i poczucie taktu.
Oczywiście wszystkie uwagi na temat kiepskich bajek w 2018 nie dotyczą „Iniemamocnych 2”. Tej superprodukcji nie mogłam przegapić i jestem z niej bardzo zadowolona, pomimo tego, że mam kilka obiekcji na punkcie kreacji postaci. ;)
Zostawmy jednak 2018 za sobą, w końcu mamy już nowy rok! W którym nie będę wychodzić z kina. :P

Dobra, może wyjdę na chwilę.
A tak na serio to planuję zobaczyć kilka filmów, bo wychodzi ich całkiem sporo. Już gdzieś czytałam, że 2019 będzie należał do filmów animowanych. Bo, istotnie, czeka nas kilka ważnych produkcji. Ale żeby nie ignorować również tych mniej znanych, zrobiłam sobie przegląd miesiąc po miesiącu (daty polskich premier na ten rok można szybko znaleźć na FilmWebie).

Styczeń:

Już 4 stycznia wchodzi chińska animacja „Sekretny świat kotów”. Polski tytuł oczywiście wali po oczach nawiązaniem do „Sekretnego życia zwierzaków domowych”, mimo tego, że oryginalny tytuł to „Mao Yu Tao Hua Yuan”, co ma być ponoć tłumaczone na angielski jako „Cats and Peachtopia” („Koty i Brzoskwiniotopia”?). Pewności nie mam, bo nie znam chińskiego, ale oficjalny angielski tytuł to po prostu „Cats”. Widać, że polscy dystrybutorzy znowu dobrze się zabawili szukając polskiego tytułu, bo przecież lepiej odcinać kupony, niż wymyślić coś dobrego. W każdym razie, film ma opowiadać o kotku, który szuka mitycznej kociej krainy szczęśliwości. Pomimo mojej miłości do kotów i tematów około-utopijnych, zwiastun mnie nie zachęcił. Taki rodzaj czysto humorystycznej i komiksowej animacji nie do końca do mnie trafia. Mam wrażenie, że będzie to komedia o zakrawającej na absurd treści pokroju właśnie „Sekretnego życia zwierzaków domowych”. Z tą różnicą, że w przypadku tego drugiego filmu, to trailery były jego najlepszą częścią. Do tego stopnia, że nie chciałam wierzyć relacjom innych, dopóki sama się nie przekonałam. Toteż „Sekretny świat kotów” zostawiam w spokoju.

Za to 11 stycznia, z ponad miesięcznym opóźnieniem wobec światowej premiery, do polskich kin wchodzi „Ralph demolka w internecie”. I to jest pierwszy obowiązkowy punkt na mojej liście, jak niemal wszystkie animacje od Disneya. Ostatnio obejrzałam sobie ponownie pierwszą część z 2012 i chociaż nie jest to poziom „W głowie się nie mieści” czy „Coco”, wciąż jest to przyjemny film, który pod otoczką komedii i cukierkowej abstrakcji nie boi się być momentami poważny i przekazywać uniwersalną mądrość. Podziwiam to w Disney’u, że nawet w wesołym filmie o wygenerowanych komputerowo postaciach, gra (dosłownie) toczy się o najwyższą stawkę. Najbardziej ujął mnie tutaj sposób rozumowania bohaterów, których dialogi brzmią łudząco podobnie do prostych, dziecięcych dysput, które okazują się być zaskakująco głębokie. Najlepiej obrazuje to reakcja Ralpha, gdy Wandelopa zastanawia się, dlaczego tak bardzo zależy mu na medalu: Jakbym wrócił z orderem w ręce daliby mi apartament, tort, imprezę na cześć, fajerwerki! Ech, to sprawy dorosłych, i tak nie zrozumiesz. 
Teraz historia Ralpha i Wandelopy nabiera większej skali. Tak, jak wcześniej ich błędy i motywacje doprowadziły do narażenia i zmiany świata gier tylko tego jednego salonu, w drugiej części trafiają do niezmierzonego Internetu. Zwiastuny odkrywają nam rąbka tajemnicy, wiemy, że bohaterowie będą odwiedzać miejsca, które my znamy jako strony internetowe, takie jak np. Google, eBay czy Twitter, a na oficjalnej stronie Disneya zobaczymy głośną scenę spotkania Wandelopy z klasycznymi księżniczkami. Jednak to, co zainteresowało mnie najbardziej, to wzmianka o DarkNecie – jak ten kontrowersyjny temat zostanie poruszony w kasowej animacji familijnej? Premiera już w piątek za tydzień.


Zaś 18 stycznia będziemy mogli oglądać kolejną część najsłynniejszych Galów – „Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru”. Panoramix boi się utraty pamięci ze względu na swój podeszły wiek, a razem z nią zniknąłby przepis na słynny magiczny eliksir Galów, który zawsze dawał im nadludzką siłę. Wobec tego druid wyrusza na poszukiwania ucznia i jednocześnie następcy, który zapewni ciągłość ich tajemniczej potęgi. Nie jestem na bieżąco ze wszystkimi „Asteriksami”, ale zauważyłam, że jest to bodajże pierwszy komputerowo animowany film z tej serii. Do kina raczej nie pójdę, ale jeśli trafi się okazja to chętnie go zobaczę.

Luty:

8 lutego będzie „LEGO® PRZYGODA 2”. Słyszałam trochę o dobrej renomie filmów LEGO, zwiastuny są śmieszne, może kiedyś się za nie zabiorę.

Natomiast 15 lutego będzie jedna z najważniejszych premier tego roku: „Jak wytresować smoka 3”. Dziewięć lat po jedynce, pięć po dwójce, teraz cykl zamyka się elegancko w trylogii. Uwielbiam przemyślane, etapowe pisanie części – oglądanie tych samych bohaterów zmieniających się przez lata, często razem z widzem, buduje więź z fikcją literacką, nadaje realności. Mimo, że filmy różnią się znacznie od książek Cressidy Cowell, ta różnica wyszła im na dobre. Przekazują motyw bardzo mi bliski, odkąd jako dziecko pokochałam smoki i zaczęły irytować mnie stare baśnie, gdzie smoki przedstawiane są jako ucieleśnienie zła. Ciężko w krótkiej notce opisać jak bardzo  ten film jest ważny na wielu różnych płaszczyznach, więc na pewno powstanie o nim osobny post. W każdym razie plakat trzeciej części i jeden zwiastun mi wystarczył, żeby nie oglądać dalej innych – wiem, że nie chcę na razie nic wiedzieć i móc obejrzeć ją na świeżo, tak samo jak oglądałam poprzednie części. Móc zasmakować wszystkich scen i wątków bez wyrywania ich z kontekstu, bez przedwczesnego budowania oczekiwań, po prostu usiąść cicho i przyjąć to takie jakim jest, z surowym klimatem wyspy Berk, różnorodnością zwierzęcych i ludzkich charakterów oraz osobistego kontaktu z fantastyczną, dziką przyrodą. Obowiązkowo imersja na full, nie mogę się doczekać.

Biała Furia? Albinizm? A może po prostu tak wyglądają samice Nocnej Furii?
Marzec:

1 marca w kinie będzie belgijska animacja „Corgi, psiak Królowej” o rozpuszczonym, królewskim psie. Zwiastun zapowiada lekką komedię jakich wiele wśród animacji i nie przyciągnął zbytnio mojej uwagi, ale opis na FilmWebie głosi, że główny bohater straci swoją milusińską posadę w pałacu i trafi do schroniska, gdzie dostanie szkołę życia. Ten fragment już jest bardziej interesujący niż przygody hasającego po pałacu pieska. Nie jest to dla mnie obowiązkowa pozycja, ale jeśli wyjdą kolejne, może odrobinkę poważniejsze zwiastuny, to obejrzę w wolnej chwili.

Potem przez cały miesiąc cisza, aż 29 marca ma wyjść aktorska wersja „Dumbo” – jeden z najwcześniejszych filmów Disneya, który ukazał się jeszcze za czasów wojny. Choć ludzkie postacie będą grane przez prawdziwych aktorów, część filmu siłą rzeczy będzie animowana. Zwiastun zapowiada ciepłą familijną opowieść, chociaż po reżyserii Tima Burtona możemy spodziewać się oryginalnych pomysłów.

Maj:

10 maja wchodzi do kin amerykańsko-hiszpańska animacja „Kraina Cudów”. Zwiastun zapowiada nam historię małej dziewczynki, która bawi się w magiczne wesołe miasteczko i ma zmyślonych przyjaciół, którzy są dla niej jak prawdziwi. Potem dorasta i nie zajmuje się już swoim światem do momentu, gdy przypadkiem do niego trafia. Temat przenoszenia do magicznej krainy i jej ratowania jest kliszowy na potęgę, ale  film mnie zainteresował, pomimo tego. Główna bohaterka ma potencjał żeby być silnym charakterem, a pomysł przedstawienia klasycznej fabuły przeniesionej do magicznego wesołego miasteczka może okazać się ciekawy. Do tego dokładam również moje osobiste odczucia: sama, będąc małą dziewczynką wymyślałam magiczne postaci i krainy.

Czasem pozornie proste pomysły potrafią nieźle zaskoczyć: czy z "Krainą Cudów" będzie tak samo?
Serwis datapremiery.pl podaje, że 15 maja wychodzi światowa premiera filmu "Baranek Shaun 2" ("A Shaun of the Sheep Movie: Farmageddon"). Polskiej daty jeszcze nie ma.

24 maja znowu na scenę wchodzi Disney, tym razem z kolejnym filmem aktorskim, bazującym na animowanym oryginale. I tutaj muszę zaznaczyć, że o ile kocham oryginalnego „Aladyna” z 1992 roku, tak wiele mam obaw wobec jego ekranizacji live-action. Nie przekonuje mnie dobór aktorów, jedynie Will Smith jako Dżin mnie nie martwi. Zwłaszcza aktorka grająca Dżasminę nie jest najlepiej dopasowana, jest bardzo ładna, ale jednak to nie jest typ urody oryginalnej księżniczki. Siedmiu scenarzystów również nie stanowi dobrej wróżby – jeśli każdy będzie chciał przemycić swoją wizję, to będzie z tego niezły bałagan. Mam jednak nadzieję, że film będzie dobry, mimo wszystko. W każdym razie nie spodziewam się, żeby doścignął swoją starszą wersję.

Na 31 maja jest zapowiedziana animacja „Paskudy. Ugly Dolls”. Zwiastun wskazuje na to, że będzie to musical o kilku nieidealnie wyglądających potworkach, które jakimś sposobem trafiają do Instytutu Perfekcji. Na ich widok pracujące tam symetryczne stworki z gatunku homo sapiens krzyczą i biegają na oślep. Na razie jednak wiadomo jeszcze zbyt mało, by móc powiedzieć coś więcej poza tym, że zapowiada się kolejna animowana komedia.

Czerwiec:

Na 9 czerwca zaplanowana jest światowa premiera „Sekretnego życia zwierzaków domowych 2, polska data premiery nie jest jeszcze znana. Trochę zdziwiłam się, że druga część wchodzi na ekrany tak szybko, ale studio Illumination ewidentnie kuje żelazo póki gorące zanim publiczność znudzi się pierwszą częścią. Na tak wielki marketing, jaki otrzymała jedynka i bardzo fajne zwiastuny, sukces tego filmu w sumie nie powinien dziwić. A już to, jak wypada w recenzjach to sprawa drugorzędna, niestety. Drugą część pewnie obejrzę, ale raczej nie w kinie. Mam tylko nadzieję, że będzie mniej chaotyczna fabularnie i twórcy pokażą nam wreszcie jakąś ciekawą historię związaną ze zwierzakami, bo poprzednia była przerostem formy nad treścią. Z drugiej strony po studiu, które sprzedało nam "Minionki" nigdy nie spodziewałam się zbyt wiele, a jednak po "Singu" wyszłam w kina bardzo zadowolona. Do tego najnowszy "Grinch" też pozytywnie wypada w recenzjach, więc jest jeszcze jakaś nadzieja w tej wytwórni.

Lipiec:

No i wreszcie mamy lipiec, a razem z nim jedną z najbardziej oczekiwanych (nie tylko przeze mnie) animacji tego roku i filmów w ogóle. Nowy „Król Lew” wchodzi do polskich kin 19 lipca. Wśród fanów trwają burzliwe dyskusje, jedni uważają, że niepotrzebnie ruszać coś, co jest stare i dobre, a inni czekają z wypiekami na twarzy. Ja jestem po tej drugiej stronie barykady, chociaż też mam swoje obawy. Uważam, że mój kochany „Król Lew” wciąż ma swój urok i czar, jednak w obecnych czasach już inaczej robi się filmy animowane. Liczę na to, że scenarzyści urozmaicą nieco fabułę, dodadzą więcej wątków, oddadzą głos większej ilości postaci (chcę więcej Sarabi!), ale jednocześnie utrzymają klimat i magię pierwszej części, w tym wszystkie piosenki – wiadomo już jednak, że w tej wersji nie będzie piosenki Skazy. Trochę szkoda, bo to jeden z moich ulubionych bajkowych utworów, ale z drugiej strony rozumiem tę decyzję: jeszcze ćwierć wieku temu nawiązania do nazizmu w animacjach Disneya mogły uchodzić płazem.
Kolejna kwestia to obsada – liczę, że większość aktorów z wersji 1994 roku pozostanie na swoich stanowiskach. Jak na razie możemy być pewni Mufasy, bo Wiktor Zborowski już użyczył swojego głosu w zwiastunie:


Z mojej strony mam jeszcze cichą nadzieję na starą wersję „Kręgu Życia” :)

Sierpień:

W sierpniu kolejny obowiązkowy punkt na mojej liście. Z dwumiesięcznym opóźnieniem (światowa premiera jest planowana na 21 czerwca), 9 sierpnia Polskę powita czwarta odsłona „Toy Story”. Moje piękne „Toy Story”... taśmę z kasety zjechałam niemal doszczętnie. Potem była dwójka i wreszcie okropna (w tym pozytywnym sensie!) trójka. O tej serii też oczywiście będzie osobny post w swoim czasie. „Toy Story 4” budzi chyba jeszcze więcej obaw niż „Król Lew”, ponieważ trzecia część planowo miała zamknąć cykl i faktycznie zakończenie na to wyraźnie wskazuje. Na szczęście po dziewięciu latach od wypuszczenia trzeciej części, „Toy Story” wciąż zachwyca, więc jednak zdecydowano się na kontynuację. Będzie to bodaj najdalszy sequel Pixara, bo żadna inna animacja tego studia nie doczekała się jeszcze swojej czwartej części. Liczę, że ta decyzja idzie w parze z pomysłem, ale studio już jest znane z tego, że nie partaczy swoich poprzednich dzieł, dlatego nie boję się odcinania kuponów. Zwłaszcza, że 9 lat to szmat czasu i ewidentnie nie jest to decyzja na zasadzie „idziemy za ciosem”. Pixar również sam dużo ryzykuje decydując się na taki krok, więc na pewno nie ruszyliby „Toy Story” bez konkretnego powodu. Tutaj, podobnie jak w przypadku „Jak wytresować smoka”, nie chcę wnikać w szczegóły przed obejrzeniem filmu. Na razie wiem tyle, że Chudy ma wyruszyć na poszukiwanie swojej kochanej, porcelanowej pastereczki Bo, która po krótkiej roli w drugiej części już więcej się nie pojawiła na ekranie.

Pastereczka Bo z pierwszej części "Toy Story" była jedną z niewielu zabawek, które nie zwątpiły w Chudego.
Z kolei 16 sierpnia ma się odbyć światowa premiera drugiej części "Angry Birdsów". Polska data również nie jest jeszcze znana, ale przyznam szczerze, że pierwsza część tak mnie wymęczyła, że nawet nie zamierzam ruszać jakichkolwiek kontynuacji.

Listopad:

8 listopada do amerykańskich kin wejdzie "Sonic The Hedgehog". Ta postać najszybszego jeża na świecie, znana ze słynnej gry, doczekała się swojego pełnometrażowego filmu. Już kilka filmów nauczyło mnie, że ekranizacje gier nie wychodzą najlepiej. Zwykle przyciągają ludzi, którzy mają sentyment do danej gry, ale film jako taki rzadko broni się sam. Zobaczymy jak będzie tutaj. Polska data premiery nie jest znana, więc możliwe, że Sonica zobaczymy w naszych kinach dopiero w kolejnym roku.

Przez to właśnie jesień 2019 będzie cicha, jeśli chodzi o animacje, aż do 27 listopada, kiedy „Kraina Lodu 2” wejdzie do kin na świecie. O polskiej premierze jeszcze nie do końca wiadomo, ale jest szansa, że odbędzie się równo z oryginalną. W każdym razie jestem przekonana, że druga część przebije box-officem jedynkę, bo przez te sześć lat wizerunek Elsy i Anny zdążył zarobić niewyobrażalne pieniądze, przyciągając coraz to kolejne małe fanki. Nigdy nie zrozumiem jej fenomenu, ale zdaję sobie sprawę, że moja kropla goryczy nic nie zdziała w morzu uwielbienia do tego przecenianego filmu. Do kina raczej nie pójdę, bardziej z powodu obawy o miejsca i gromady dzieciaczków, niż z jakiegoś tam hejtu. Są aspekty „Krainy Lody”, których szczerze nie cierpię, są też takie, które są dobre. Kontynuację na pewno obejrzę, ale w domowym zaciszu, pewnie dopiero w 2020, kiedy wyjdzie na DVD. Mam nadzieję, że tym razem nie będę podczas seansu spoglądała na zegarek. I że scenarzyści dobrze wykorzystali te sześć lat, żeby napisać nam lepszą historię i lepszych bohaterów. A przynajmniej mniej irytujących.

"Kraina Lodu" to obecnie najlepiej zarabiający film animowany na świecie: sam box-office wyniósł ponad miliard dolarów.
2019 to będzie niezaprzeczalnie rok animowanych premier. Na mojej obowiązkowej liście jest „Ralph Demolka w internecie”, „Jak wytresować smoka 3”, „Król Lew” i „Toy Story 4”. Do tego dołożę jeszcze „Aladyna”, który, choć jest filmem aktorskim, wciąż bazuje na jednej z najsłynniejszych disneyowskich animacji. A jeśli starczy czasu i pieniędzy, może uda mi się jeszcze dotrzeć na „Dumbo” i „Krainę Cudów”.
Z jednej strony cieszy fakt wielu dobrych filmów, które mają nadejść w tym roku. Ale patrząc na to z szerszej perspektywy, wypuszczanie tylu ważnych produkcji w tym samym roku może niestety odbić się w wynikach box-office’u. Ta uwaga dotyczy Disneya, który ewidentnie ściga się sam ze sobą. Zwłaszcza, że w tym roku mają wyjść inne, nieanimowane superprodukcje, takie jak „Avengers: Endgame” i prawdopodobnie ostatnia część najnowszej trylogii „Gwiezdnych Wojen”.

Ale jestem dobrej myśli :)